SŁOWO – BRAMA DO
OWOCNEGO DUSZPASTERSTWA
Słowem można błogosławić, ale i przeklinać. Można nim
nieść nadzieję, ale także pogrążać w rozpaczy, nadużywać, bądź
ograniczać do minimum jego stosowanie, słuchać go lub stale
ignorować. Słowo jako werbalne wyrażenie rzeczywistości w świecie
stworzonym odnosi się tylko do człowieka, którego już Arystoteles
określił mianem „istoty społecznej”, a więc pozostającej w relacjach
z innymi ludźmi. To właśnie słowo jest środkiem komunikowania się z
drugą osobą.
Trudno wyobrazić sobie „nieme” duszpasterstwo. Kapłan,
chodź z ludzi wzięty i do ludzi posłany, zobowiązany jest do
niezwykle roztropnego posługiwania się słowem. Podobnie adept do
kapłaństwa, winien zdawać sobie sprawę z konsekwencji nierozważnego
wypowiadania się. Nie jest tajemnicą fakt, iż posługa duszpasterska,
zwłaszcza w parafii, powinna odznaczać się wysoko zaawansowaną
dyskrecją ze strony księdza, a więc wstrzemięźliwością od używania
słów niepotrzebnych. Takiej postawy oczekują od duszpasterza sami
wierni, chociaż czasem zdają się okazywać pozory czegoś zupełnie
innego. „Bądź skory do słuchania, a odpowiadaj po namyśle” (Syr
5, 11), gdyż „(...) W mowie jest chwała i hańba człowieka, a
język może sprowadzić jego upadek” (Syr 5, 13). Czyż trzeba nam
lepszej wskazówki do posługiwania się słowem?
Nie sposób w kilku zdaniach wyczerpująco odpowiedzieć na
pytanie o rolę słowa podczas praktyki duszpasterskiej. Spróbuję
skoncentrować się tylko na istocie zagadnienia, a więc na ukazaniu
rangi słowa w relacjach interpersonalnych, de facto
współkonstytuujących duszpasterstwo, a tym samym nadających mu
zasadniczy kształt i kierunek rozwoju.
Kontakt werbalny z drugim człowiekiem stanowi integralny
element próby sił podczas „zmagań” z rzeczywistością parafialną. Z
ludźmi mamy do czynienia praktycznie wszędzie: w kościele, w szkole,
w kancelarii, podczas spotkań poszczególnych grup, funkcjonujących
przy parafii, a także w innych, mniej formalnych okolicznościach.
Wszystkie wyżej wymienione miejsca lub sytuacje są okazją do
ewangelizacji, będącej przecież naszym podstawowym zadaniem. Moment,
w którym nawiązujemy kontakt z drugim człowiekiem, odgrywa bardzo
ważną rolę w skuteczności misji, jaką jest głoszenie Chrystusa,
dlatego też nie wolno go zbagatelizować. Liczy się zatem nie tylko
fakt przekazywania treści Ewangelii, lecz także jego sposób.
Parafrazując znaną maksymę: „Jak cię widzą, tak cię
piszą”, można by powiedzieć: „Jak cię słyszą, tak cię piszą”. Na
podstawie własnego doświadczenia możemy potwierdzić, że pierwsze
„zamienione” z kimś słowo bardzo często wpływa na późniejsze z tą
osobą relacje. Wyrabiamy sobie zdanie na czyjś temat o wiele łatwiej
wtedy, gdy mamy okazję z danym człowiekiem porozmawiać: jeśli
doświadczamy życzliwości, zazwyczaj takową się rewanżujemy, jeśli
niechęci, niestety, z reguły odwzajemniamy się analogicznym
uczuciem.
Ważne jest zatem, by nie zrażać do siebie ludzi przez
użycie niewłaściwych, a nawet niekulturalnych słów, gdyż w ten
sposób możemy bardzo skutecznie oddalić ich od Boga i nie wywiązać
się z powierzonej nam misji. Wypowiadane przez nas słowa winny
zwiastować pokój, płynący z Ewangelii Chrystusowej, nie zaś niszczyć
wiarę innych. Wyraźne są bowiem słowa Jezusa: „(...) kto by się
stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we
Mnie, temu lepiej byłoby kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go
w głębi morza” (Mt 18, 6). Dlatego dołóżmy starań, by nasza
mowa, zamiast burzyć – budowała, zamiast złorzeczyć – błogosławiła,
zamiast oddalać – przybliżała do Chrystusa – Odwiecznego Słowa.
kl. Patryk Gołubców, rok V
|