
SŁOWO – TRUDNY DAR
Rozmowa z ks. prof. Piotrem Niteckim – wykładowcą na Papieskim
Wydziale Teologicznym, redaktorem naczelnym Nowego życia
i proboszczem Kościoła Uniwersyteckiego we Wrocławiu
Księże Profesorze, przygotowując się do tegorocznego Forum
Młodych, które poświęcone jest tematowi „Słowo – miecz obosieczny”,
warto zacząć od spraw zupełnie podstawowych. Czym zatem właściwie
jest „słowo”?
Można by chyba powiedzieć, że słowo jest znakiem wyrażającym osobę.
Tylko osoba przecież posługuje się słowem. Ono jest atrybutem kogoś
myślącego, twórczego, mającego coś do zakomunikowania drugiej,
podobnej istocie. Ono też wyraża osobowość mówiącego, mówi wiele o
tym, kto je wypowiada, a jednocześnie kształtuje tego, do kogo jest
wypowiadane. Sam Bóg jako Osoba również wyraził się w Słowie. Kiedy
św. Jan określa przychodzącego na świat Syna Bożego mianem „Słowa”
definiuje trudną do przyjęcia w wymiarach racjonalizmu prawdę o tym,
że Bóg przemówił do nas, stając się człowiekiem i wchodząc w ludzkie
dzieje. To On, Jezus Chrystus, jest Słowem, które wyrażając wolę
Ojca „stało się ciałem i zamieszkało między nami” (J 1, 14),
a jednocześnie ma moc nas kształtować. To nie jest tylko historia,
jest to rzeczywistość, która trwa. Roman Brandstaetter w swoim
przekładzie Janowego „Prologu” nieco inaczej tłumaczy owo biblijne
przesłanie o wejściu Słowa w ludzkie dzieje niż te przekłady do
jakich jesteśmy przyzwyczajeni. On nie używa czasu przeszłego lecz
teraźniejszego zwracając jeszcze bardziej uwagę na aktualny
charakter tego dialogu: „Słowo j e s t ciałem i m i e s z k a
między nami”.
Obserwując jednak na przykład naszą scenę polityczną, a także
zwykłe relacje międzyludzkie, widać, że słowo traci dziś na
wartości, bywa przecież też narzędziem manipulacji…
Tak, dlatego troska o słowo stanowi dzisiaj ważne wyzwanie dla ludzi
wrażliwych i mądrych. To, co obserwujemy w sferze działania
politycznego, ale i w zwykłych relacjach międzyludzkich, ta jakaś
ogromna dewaluacja słowa, musi dawać wiele do myślenia. Bóg jako
Osoba zwraca się do nas, do osoby ludzkiej, aby objawić nam Prawdę.
Chrześcijanin winien więc pamiętać, że i jego słowo ma wyrażać
prawdę, ale będzie ją wyrażało tylko wówczas, gdy on sam będzie
człowiekiem prawdy. W tym naśladowaniu Boga objawiającego Prawdę nie
wystarczy jednak być człowiekiem Prawdy, trzeba ją głosić i o niej
świadczyć tak, jak On, z miłością. Słowo prawdy używane bez miłości
może człowieka zniszczyć. Słowo ma bowiem ogromną moc. Boże słowo
kierowane do człowieka w tej mocy jest zawsze „żywe i skuteczne”
(por. Hbr 4, 12). Słowo wyrażające człowieka również jest silne.
Może zranić człowieka, upokorzyć go, pokazać mu jak jest mały,
prymitywny i zły. Ono może jednak także człowieka podnieść,
wywyższyć, nawet wtedy, gdy rzeczywiście jest słaby, umocnić go,
pomóc uwierzyć w siebie. Dlatego tak ważna jest odpowiedzialność za
słowo.
Wynika z tego ogromne zadanie dla Kościoła. Na co zatem trzeba
zwracać szczególną uwagę w tej posłudze?
Posługa Kościoła zawsze ukierunkowana jest na umożliwienie spotkania
Boga z człowiekiem z wszystkimi tego konsekwencjami. Chodzi więc o
to, żeby pomóc odczytać to najważniejsze Słowo Prawdy skierowane do
człowieka. Tak, słowo to dar trudny, zwłaszcza jeśli wyraża Prawdę.
Bo Prawda jest kontestowana przez tych, którzy przekonani są, że
mogą – mimo Prawdy albo nawet wbrew Prawdzie – stworzyć lepszy,
mądrzejszy program życia niż Bóg. Nie jest to tylko specyfika
naszych czasów. Już św. Jan stwierdza, że świat, choć stał się
dzięki Bożemu Słowu, Słowa nie poznał i Go nie przyjął (por. J 1,
10-11). Echo tej rzeczywistości dostrzegamy i dzisiaj, kiedy odrzuca
się Słowo Prawdy zakorzenionej w Bogu uważając, że samo mówienie już
o uniwersalnej Prawdzie jest jakąś forma totalitaryzmu, sprzeczną z
tak modnymi dzisiaj hasłami tolerancji i zastępując ją tak zwaną
„własną prawdą” czyli ideologią.
Jaka zatem winna być rola nas, współtworzących Kościół w
odkrywaniu na nowo znaczenia i sensu słowa jako wiarygodnego znaku
porozumiewania się między osobami?
Uczyć odpowiedzialności za słowo istotnie jest ważnym zadaniem
duszpasterskim. Nie chodzi tu zresztą tylko o samą katechezę o
Słowie, ale i o świadectwo słowa. Kaznodzieja czy katecheta – zanim
jeszcze oficjalnie zabierze głos – już wyraża siebie. Słuchając
kogoś bardzo łatwo można bowiem określić nie tylko jego wiedzę, ale
także osobowość, duchowość i wynikający z tego sposób traktowania
drugiego człowieka oraz osobiste zaangażowanie w sprawę, której
służy. Duszpasterz na przykład, który lubuje się przede wszystkim w
pokrzykiwaniu na swoich wiernych, widząc w nich tylko zło, grzech,
nieuczciwość i moralne rozpasanie ujawnia przede wszystkim swoje
własne problemy moralne. Nie naśladuje więc Jezusa, który jako Słowo
Ojca, objawiał Prawdę, ale z miłością. Nie stronił więc od
grzeszników, oczywiście nie po to, by legalizować ich życie w
grzechu, lecz by ich przekonać swą życzliwą obecnością przy nich do
życia w cnocie. Ostry zaś był wobec owych oficjalnych reprezentantów
Boga, którzy poza paragrafami i przepisami nie byli w stanie
dostrzec Jego samego, choć On już między nimi był. Warto o tym
pamiętać. Istotnym elementem duszpasterstwa jest więc takie
posługiwanie się słowem, które nie rezygnując z wysokich wymagań
chrześcijaństwa przybliża, a nie odpycha człowieka od Boga, który
wszak stale ma coś do zakomunikowania człowiekowi. Dobrze wiec, że
podczas tegorocznego Forum Młodych podjęliście taki właśnie temat o
znaczeniu Słowa jako propozycję dla wspólnej refleksji dla
przyszłych duszpasterzy i katechetów.
Wiąże się z tym również trudny problem, jak w głoszeniu Słowa
Bożego i posługiwaniu się słowem godzić język teologii akademickiej
z językiem przepowiadania duszpasterskiego?
To rzeczywiście jest trudny problem. Wiadomo, iż przepowiadanie
kościelne zawsze musi opierać się na zdrowej, uznanej przez
Magisterium Ecclesiae teologii, a wypracowane przez nią treści
duszpasterz przekazać ma człowiekowi żyjącemu w konkretnych
uwarunkowaniach kultury swego świata. Musi więc znać Ewangelię i
musi znać świat. I jeszcze musi wyrazić uniwersalne prawdy Boże w
takim języku, aby być zrozumianym. Tu już nie chodzi więc tylko o
to, by głosić prawdę, nawet z miłością, ale i o to by dotrzeć z nią
do odbiorcy. Wiele treści głoszonych przez Kościół,
najistotniejszych dla jego przesłania, nadal jest zaś głoszonych w
słowach z minionych epok, które nie są zrozumiałe dla ludzi naszych
czasów. Kto wie, może jest to jedna z przyczyn odchodzenia wielu
młodych ludzi od Kościoła na skutek nieumiejętności przekonania ich
do piękna owego przesłania, które kieruje do nich Bóg przez swoje
Słowo. Tworzenie owego nowego języka przekazu nie jest już jednak
raczej sprawą duszpasterstwa parafialnego lecz teologów i
językoznawców, którzy winni konsultować swe pomysły z
duszpasterzami. Od tego jednak, czy rozwiążemy to napięcie zależeć
może w dużej mierze przyszłość ewangelizacji.
Bardzo dziękuję Księdzu Profesorowi za rozmowę.
Rozmawiał:
kl. Maciej Paleczny, rok V
|