MOC SŁOWA
Kiedy próbujemy zrozumieć, jak bardzo zaproszenie do
bycia sługą Słowa zobowiązuje, ale i przerasta nasze ludzkie
możliwości, przychodzi na myśl scena Wniebowstąpienia. Właściwie to
pierwsze chwile po tym, jak Jezus zniknął Apostołom z oczu. Oni
stali jeszcze jakiś czas wpatrując się w niebo. Może ktoś z wrażenia
otworzył usta. Jakby ich zamurowało. Ale w końcu usłyszeli słowa,
które „sprowadziły ich na ziemię”: Mężowie z Galilei, dlaczego
stoicie i wpatrujecie się w niebo? Ten Jezus, wzięty od was do
nieba, przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba
(Dz 1, 11).
Dotychczas było łatwiej - to Mistrz niósł całą
odpowiedzialność. To On posyłał. To do niego powracali, aby zdać
sprawę z misji. Teraz z tak poważnym zadaniem pozostają sami - nie
wiedzą, czy podołają.
Czy ten „powrót na ziemię” łączył się z przypomnieniem sobie słów
Jezusa, jakimi przygotowywał ich na taką sytuację? Gdy jednak
przyjdzie Pocieszyciel, którego Ja wam poślę od Ojca, Duch Prawdy,
który od Ojca pochodzi, On będzie świadczył o Mnie (J 15, 26). Gdy
zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy. Bo
nie będzie mówił od siebie, ale powie wszystko, cokolwiek usłyszy i
oznajmi wam rzeczy przyszłe (J 16, 13).
Często tym, którzy są sługami słowa, przychodzi
doświadczać takiej właśnie mocy Ducha Świętego. Bo ani okoliczności
zewnętrzne, ani samopoczucie, ani stan ducha a tym bardziej
intelektu nie rokują, że będzie to świadectwo o Jezusie, który
spojrzał na niego z miłością czy „nauka z mocą”, która wyda
jakiekolwiek owoce. Najradośniejsze w całym przepowiadaniu jest
właśnie to doświadczanie obecności Ducha Świętego, który uzdalnia, o
wszystkim poucza i mówi przeze mnie.
Najpierw musiał nastąpić moment, kiedy zostałem
pochwycony przez Słowo, czyli na sobie doświadczyłem Jego mocy.
Oby to się nieustannie odnawiało i nigdy się nie skończyło. Potem,
kiedy otwieramy się na moc Słowa, możemy zostać
zaproszeni na służbę Słowu. Jest to zaproszenie na mocy Chrztu Św.
kierowane do wszystkich ochrzczonych, jak również to, które wiąże
się z sakramentem Święceń Kapłańskich.
Dwa słowa „klucze” pomagają nam
zrozumieć sztukę przepowiadania, są to: spotkanie i dialog.
Spotkanie z osobą poprzedza przekaz treści. Bardzo wiele zależy
od tego, kto to mówi i jak jest postrzegany. Czy jest pozytywny
odbiór i akceptacja jego osoby; czy jest jednoznaczny i autentyczny.
Jak wygląda świadectwo jego życia – tu chodzi przede wszystkim o
unikanie, przysłowiowego wręcz, rozdźwięku pomiędzy słowami a życiem
– czy wiem co chcę powiedzieć i czy identyfikuję się z wypowiadanymi
słowami. Czy jestem tylko przekazicielem jakiejś treści, czy całym
sobą podpisuję się pod tymi słowami i uznaję je za swoje. To
wszystko słuchacz łatwo wyczuje i od tego, w dużej mierze, będzie
zależała skuteczność przepowiadania. Widzimy, że sama forma
wypowiedzi, szata i poprawność językowa schodzi na drugi plan.
Podczas personalnych spotkań z mówcą wyraźnie odczuwamy
wyższość słowa mówionego nad pisanym. To dzięki słowu właściwie
doświadczamy spotkania z mówiącym. Mowa posiada kierunek
– z wnętrza na zewnątrz - od wnętrza jednego człowieka do wnętrza
drugiego. Człowiek w słowie komunikuje siebie innym, udziela się
innym, dzieli się doświadczeniem, wyraża myśli, pokazuje, jak coś
rozumie i przeżywa. Słowo może nam pokazać bogactwo osobowości
przepowiadającego – w słowie obecny jest przepowiadający. Głos jest
synonimem jego osoby, jego siły, bogactwa wnętrza i aktywności
życia.
W głoszonym słowie ludzkim, z uwzględnieniem języka,
zasobu słownictwa i pojęć, nawet barwy i dźwięku, dokonuje się
spotkanie ze słowem Bożym. Moment przepowiadania, jako spotkanie ze
słowem Bożym, staje się wtedy wydarzeniem zbawczym. Spotkałem się
nawet z takim określeniem: „Bóg objawiając się człowiekowi w
Słowie, wkracza w jego proces pojmowania siebie samego”.
Chciałbym dorzucić jeszcze jedną myśl, którą pozostawiam jako
inspirację do angażowania się z pasją w przepowiadanie Dobrej
Nowiny. W dzielenie się z innymi tym, czego doświadczyłeś i co Pan
Bóg pozwolił ci zrozumieć. Niczego nie otrzymujesz tylko dla siebie.
Paralityk, który został uzdrowiony, chodził i skakał z radości, nie
trzymał tego tylko dla siebie. Musiał to wykrzyczeć i opowiedzieć
innym, jakie szczęście go spotkało i jak zmieniło się jego życie.
ks.
Julian Rafałko
|